1

Tara Myrold to moja kuzynka. Jej mama jest siostra mojej mamy. Znam ja od niedawna, bo wczesniej mieszkala z rodzicami daleko stad, w Cleveland. Czasem mama pokazywala mi jej zdjecia, ale mieszkala wtedy póltorej dnia drogi od nas, wiec nie moglam jej nigdy odwiedzic.
Pare lat temu dostalismy list od wujka Tony'ego - naprawde nazywa sie Anton - ze przeprowadza sie do nas, na Cape Cod. Do listu znowu dolaczone bylo zdjecie Tary, które mama mi wreczyla. Powiedziala, ze kiedy Tara przyjedzie, bede musiala sie z nia bawic.
Trzymalam zdjecie w dwóch palcach i przygladalam mu sie. Nie zeby mi sie nie podobalo czy co, ale bylo jakies glupie. Tara nosila okulary, a jej wlosy byly tak rzadkie, jakby lysiala. Nie usmiechala sie, nawet jej bluzka nie byla porzadnie obciagnieta. Wygladala tak, jakby w ogóle nie zauwazyla fotografa ani jego aparatu. Wlasciwie sprawiala wrazenie kogos, kto niezbyt dobrze wie, kim jest fotograf. Nie mozna bylo dojrzec jej oczu, poniewaz swiatlo fleszu odbijalo sie w jej okularach. Zdjecie przedstawialo twarz Tary, ale ona sama myslami byla daleko, tego bylam pewna. Mialam wtedy dziewiec lat i uwazalam, ze Tara nie mysli.
Powachalam zdjecie i poczulam zapach ubikacji i dymu papierosowego. Brzydzilam sie Tary. Miala na sobie wstretne, czerwone ciuchy, a spod bluzki wystawalo jej ramiaczko podkoszulka. Patrzac na nia, bylam pewna, ze sie nigdy nie myje. Widac tez bylo, ze dlubie w nosie, zamiast go normalnie wydmuchac, bo jej twarz wygladala jak napuchnieta od kataru. Wsunelam zdjecie pomiedzy sciane a tyl szafy w garazu i pomyslalam, ze z Tara Myrold nie bede sie nigdy bawic.

Tata tez wcale nie byl zachwycony, ze wujek Tony i ciocia Tanja sie do nas przeprowadza.
- Tony to wariat - powtarzal ciagle, ale pewnie mial na mysli, ze "Tanja to wariatka", tylko nie chcial mamie robic przykrosci. Faktycznie, siostra mamy byla troche zwariowana, o czym wszyscy w rodzinie wiedzieli. Czasami musiala jechac do specjalnego zakladu, bo wlasnie przechodzila zly okres, a reszte czasu przebywala w domu.
- Ich mieszkanie w Cleveland jest za male. Maja tylko jeden pokój, mala kuchnie i slysza wszystko, co sie mówi u sasiadów. A Tara chcialaby mieszkac nad morzem. Tak pisze Tony. Gdy beda miec wiecej przestrzeni, moze wtedy cioci bedzie latwiej przechodzic jej trudne okresy - powiedziala mama.
- Co to znaczy: "trudne okresy"? -zapytalam.
- To znaczy, ze miewa taki okres, kiedy duzo placze albo zapomina ugotowac obiad lub na przyklad odebrac Tare ze szkoly.
Pomyslalam, ze fajnie byloby i u nas przezyc czasem taki okres. Wreszcie moglabym cos samodzielnie zrobic. Moze nawet dostalabym wtedy rower, zeby samej jezdzic do szkoly i wracac do domu.
Przypomnialo mi sie zdjecie Tary; moze zrobiono je wlasnie w takim trudnym okresie, kiedy to ciocia Tanja ciagle plakala i zapominala wyprac Tarze ubranie, dac jej chusteczke do nosa i obudzic ja rano...
Mama byla naburmuszona na tate, ze powiedzial tak o wujku Tonym.
- Anton nie jest wariatem! - powiedziala. - I nie opowiadaj takich glupot w obecnosci dziecka.
Kazala mi isc do lózka, ale nim zasnelam, pomyslalam, ze nawet sie ciesze, ze przyjezdzaja - wujek Tony, moze i wariat, oraz ciocia Tanja - z pewnoscia wariatka i zapominalska. Nie usmiechala mi sie jedynie perspektywa przyjazdu Tary. Chcialam, zeby jej mama zapomniala ja ze soba zabrac na Cape Cod.


2

Cape Cod jest dlugim pólwyspem na Oceanie Atlantyckim. Nasz dom stoi poza miastem Truro, w poblizu miejsca, gdzie zaczynaja sie wydmy. Gdy wyglada sie przez okno w kuchni, widzi sie jedynie wydmy, a hen w dali, pod samym morzem - duzy, rozpadajacy sie dom, w którym od dawna nikt juz nie mieszkal. Nikt nie chcial w nim zamieszkac. Niby ze lezy za daleko od miasta, a jego sciany pekaja pod wplywem niestabilnego podloza. Ale wszyscy wiedzieli, ze byl tego inny powód.
Jesienia, pewnego zimnego dnia, gdy dom byl jeszcze niezamieszkaly, poszlam tam razem z moim przyjacielem Dawidem. Dawid byl jedynym dzieckiem w moim wieku, które mieszkalo przy plazy - reszta dzieci z naszej klasy mieszkala w miescie. Byl jedyna osoba, z która moglam sie bawic.
- Znam jeden otwór, przez który da sie przejsc - powiedzial.
Balam sie, bo nawet stojac na zewnatrz dalo sie slyszec dochodzace ze srodka dziwne odglosy postukiwania i chrobotania. Dawid opowiadal, ze Goody Hallett, czarownica jezdzaca na wielorybach, kiedys tam mieszkala.
- Nie musisz sie bac - mówil - Goody Hallett zostala polknieta przez wieloryba. Wielorybnicy znalezli jej czerwone buciki w zoladku kaszalota. Juz nie zyje.
Mialam wtedy osiem lat i bylam przesadna. Zastanawialam sie, czy czarownica po prostu nie zostawila swoich butów w zoladku kaszalota, a sama nie wydostala sie na zewnatrz w fontannie, jaka wydmuchiwal wieloryb podczas wydechu.
Tak bardzo sie balam, ze bez dluzszego zastanowienia weszlam z nim do srodka poprzez dziure w niebieskich drzwiach. Wczolgalismy sie do srodka pod ogonem pól-kobiety, pól-ryby z wstretnymi kurzajkami i krzywym nosem.
- Nazywa sie "syrena" - powiedzial Dawid, kladac reke na poteznej pletwie.
- Skad wiesz?
- Tu jest napisane - wskazal na ozdobny napis wyzlobiony w drewnie. Nie odwazylam sie nan spojrzec. Chcialam jak najszybciej przejsc przez dlugi hol do jadalni. Prowadzily do niej drzwi z matowego szkla i ze zlocona raczka. Byly uchylone i skrzypnely, gdy Dawid je popchnal.
Dom Goody Hallett wygladal tak, jakby codziennie obchodzono w nim Boze Narodzenie. Czarny stól w jadalni nakryty byl na trzynascie osób, karty dan zdobily niemieckie motywy bozonarodzeniowe, a z sufitu zwisaly girlandy. W pomieszczeniu stala przystrojona choinka z bombkami wielkosci melonów, a sciany zdobily zeschniete galezie przewiazane jaskrawoczerwonymi wstazkami. Przy drzwiach wisialy zszarzale stroiki z przyklejonymi zoledziami i orzechami wloskimi, pod krzeslami lezal chodnik koloru czerwonego wina, w tym samym odcieniu co serwetki przy nakryciach. Bylam pewna, ze kiedys ich kolor byl jeszcze intensywniejszy. Widac bylo, ze w miejscu zgiec material splowial, ale wewnatrz pozostal plomiennie czerwony. W wazonach staly zbrazowiale i zeschniete kwiaty o smetnie zwieszonych glówkach.
- Siadaj, gdzie chcesz - powiedzial szeptem Dawid. Nie usiadlam, bo krzesla byly za wysokie, a poza tym pokrywala je gruba warstwa kurzu. Spojrzalam na swieczniki; ociekaly zastyglym woskiem, a obrus poplamiony byl grubymi kroplami parafiny.
- Nawet nie zdmuchneli swiec, gdy uciekali - powiedzialam bardziej do samej siebie niz do Dawida. Stal on w drugiej czesci pokoju, przy ogromnych oknach z widokiem na morze.
- Chodz no tu, Anno - zawolal. Przestraszyl mnie ten nagly okrzyk. Szybko podbieglam do niego, by uniknac kolejnego wolania.
- Popatrz na to cygaro - powiedzial i wskazal na podluzne, zweglony serdelek, który calkowicie zachowal pierwotny ksztalt cygaro.
- Uciekali na leb na szyje. Nikt nie wie dlaczego ani dokad. A wszystko przez znikniecie malego Filipa.
Opowiesc o malym Filipie slyszalam juz wiele razy w szkole. Maly Filip chodzil dawno temu do przedszkola w Truro. Pewnego slonecznego dnia zaginal na plazy. Ludzie mówili, ze widziano go wbiegajacego do tego domu, po czym slad po nim zaginal.
- Goody Hallett zmienila Filipa w kamien - powiedzial Dawid grobowym glosem. - Chodz tu.
Podprowadzil mnie do gipsowej rzezby stojacej na podlodze pod sciana. Przedstawiala ona zupelnie nagiego, grubiutkiego chlopczyka z tlustymi paluszkami, który rozkladal obie raczki, jakby w oczekiwaniu na brawa.
- Czy on kiedykolwiek zyl? - zapytalam i wyciagnelam reke, by go dotknac. Dawid gwaltownie odtracil moje ramie.
- No pewnie. Mój ojciec znal tego chlopca. Mial krecone wlosy i wygladal jak to dziecko.
- A czy to nie jest aniol? - zapytalam, przygladajac sie jednoczesnie dwu odlamanym kikutom, które wystawaly z ramion dziecka. Z lezacych na podlodze kawalków gipsu mozna bylo wywnioskowac, ze dawniej byly to skrzydla.
- Alez nie, oslico. To nie byl zaden aniol. To byl normalny chlopiec, jak kazdy inny chlopak we wsi. Czarownica zamienila go w kamien. Zamienia w kamien co tylko zechce. Moze sprawic, ze twoje nogi skamienieja, tak ze nie bedziesz juz nigdy mogla chodzic. Albo twoje rece, jesli czegos dotkniesz. - Wskazal na moje dlonie. Balam sie i chcialam isc do domu.
- Widzialas to? - zapytal Dawid, by odwrócic moja uwage. Wskazal na prezenty pod choinka. Lezalo ich tam z szesc czy siedem, wszystkie zapakowane w kolorowe papiery i kazdy innej wielkosci.
-Och! - krzyknelam w podnieceniu - Dawid, rozpakujemy je?
Pokrecil glowa.
- Za kazdym razem, kiedy tu przychodze, chce je otworzyc. Ale mój ojciec powiedzial, ze niczego w tym domu nie wolno mi dotykac. Gdybysmy to zrobili, nasze rece zamienilyby sie w kamien.
Popatrzylam na wlasne dlonie, jakby nie nalezaly do mnie. Wiatr wial teraz jeszcze mocniej, a z góry dochodzilo poskrzypywanie drzewa.
- Wracajmy - powiedzialam. Na twarzy pól-kobiety pól-ryby z niebieskich drzwi wejsciowych przybylo kurzajek.

Mama poznala po kurzu na mojej kurtce, ze bylam w nadmorskiej willi. Zaczela mi ja trzepac szczotka do plaszczy i robila to tak mocno, ze czulam uderzenia drewnianej raczki.
- Nie chodz tam juz wiecej. To posiadlosc prywatna.
- Czy Goody Hallett istnieje naprawde? - zapytalam przez lzy, bo mnie bolalo.
- Nie, czarownice nie istnieja. A juz na pewno zadna Goody Hallett. Ludzie opowiadaja takie historie, zeby sie nawzajem straszyc.
Wiedzialam, ze klamala. Poszlam do swojego pokoju i bawilam sie, ze w moim domku dla lalek tez straszy.
- Wieczorem zapytamy o to tate - powiedzialam Czarnej Lalce, która sie zloscila, bo nikt jej nie mówil prawdy.
Wieczorem przy kolacji zadalam tacie wszystkie nurtujace mnie pytania. Wiedzialam, ze opowie mi wszystko, nawet straszne kawalki.
- Tato, znales malego Filipa?
- Jakiego malego Filipa?
- Filipa zamienionego w kamien, bo czegos dotknal w domu Goody Hallet.
- Nadal opowiadaja te historie w szkole? - spojrzal na mame i powiedzial - Za moich czasów tez o tym opowiadano. Przyprawialo nas to o gesia skórke.
- Tato, dlaczego u Goody Hallett ciagle trwa Boze Narodzenie?
- Nikt tego nie wie. Dawniej mieszkali tam bardzo bogaci ludzie. Pewnej Wigilii wszyscy uciekli, nie wiadomo dokad.
- Dlaczego nie zabrali ze soba skamienialego Filipa?
Tato popatrzyl na mame. Skinela glowa.
- To juz opowiedz jej cala historie - powiedziala, a ja przysunelam sie do przodu na krzesle. Tata jeszcze predko wlozyl do ust kawalek kapusty, przelknal i zdjal okulary.
- Ludzie mieszaja ze soba dwie opowiesci. Pierwsza to legenda wielorybników. Ale czarownice nie istnieja, wiec male dziewczynki nie musza sie nimi zamartwiac. Druga historia dotyczy niewyjasnionego znikniecia malego chlopca, który pewnego jesiennego dnia poszedl sie bawic na wydmach. Dlugo trwalo, nim policja natrafila na jego slad. A ludzie w koncu zaczeli podejrzewac mieszkanców willi. Dzien przed Wigilia, chyba 57. roku, znaleziono dziecko pogrzebane na wydmach.
- Zylo jeszcze? - zapytalam, ledwie mogac oddychac
-Policja znalazla dowód na to, ze syn mieszkanców willi zabil dziecko.
Wpatrywalam sie w pusty talerz i poczulam jak kawalek kapusty podnosi mi sie w gardle.
- Dlaczego zabil? - zdolalam wydusic z siebie.
- To byl dziwny mlody czlowiek. Wykorzystal malego Filipa i... - mama mlasnela jezykiem. Przesuwala swoja szklanke tam i z powrotem po blacie stolu.
- Co to znaczy "wykorzystac" - zapytalam, bo czulam, ze pod tym slowem nie czai sie nic dobrego.
- To znaczy skrzywdzic - odpowiedziala szybko mama, a ja wiedzialam, ze chce mi cos wmówic.


Gdy wieczorem lezalam w lózku, doszlam do wniosku, ze "wykorzystany" znaczy to samo co "skamienialy". Oblecial mnie okropny strach przed Goody Hallett i obiecalam sobie juz nigdy wiecej nie wchodzic do jej domu.
Przez cala jesien i zime Dawid meczyl mnie, zebym tam z nim poszla.
- Dam ci za to cztery kawalki kredy - obiecywal.
Wiedzialam, ze nie mial odwagi sam isc. Powiedzialam mu, ze mój tato tez znal te historie, i ze chlopczyk naprawde zostal zamieniony w kamien, a Goody Hallett co roku wraca do domu, by obchodzic w nim Boze Narodzenie.
- Wiadomo kiedy przybywa, bo jej glos brzmi jak nadciagajacy sztorm. Thom Klika mówi, ze to "jeczaca diablica", bo wyje jak parowiec podczas nawalnicy. Noca widac ja z daleka, jak nadciaga z morza. Jedzie na grzbiecie wieloryba, a na jego ogonie wisi jej lampa. Jej swiatlo zwodzi rybaków. Jesli ginie jakas lódz, to z jej winy - tlumaczyl Dawid.
- A nie mówiles, ze polknal ja wieloryb? - zapytalam. Zasmial sie tajemniczo, ale nic nie odpowiedzial. Bylam wtedy jeszcze mala i wierzylam we wszystko, co mi mówil. Od tamtego czasu lepiej poznalam nadmorska wille, bo wujek Tony i ciocia Tanja w niej zamieszkali. Teraz juz wiem, ze czarownice nie istnieja. A tym bardziej ludzie, którzy przypominaja czarownice. A mimo to nadal nie czuje sie tam zupelnie bezpiecznie. Moze i Goody Hallett nigdy tam nie mieszkala, ale niewykluczone, ze jakas stara i zla baba, która zamykala dzieci w piwnicy albo rozdawala zatrute cukierki. Dom ten mial cos w sobie, ze wywolal we mnie takie skojarzenia. Zwlaszcza po tym, kiedy Tara zwierzyla mi sie z tego, co wydarzylo sie w jego murach.

3


Dlugo trwalo, zanim ciocia Tanja przyjechala. Siedzialam na wydmach i czekalam, obserwujac ludzi spacerujacych po bialej plazy w porywach wiatru. Byl wsród nich na przyklad pewien pan, który poprzez lagodne wybrzuszenia wydm, az do samej linii morza, pchal wózek na kólkach, w którym siedziala jego zona. Czasami zatrzymywal sie, by cos podniesc z piasku. Zbieral to cos i jej pokazywal. Rozmawiali, a ona kiwala glowa. Nogi jej okrywala dziergana narzuta. Mialam nadzieje, ze wiatr podwieje ja do góry, by zobaczyc, czy kobieta ma nogi. Wiatr zawial i ujrzalam dwie stopy. Spoczywaly na podnózkach bez ruchu, ciezkie jak glaz. Mezczyzna zawrócil wózek i pchal go z powrotem w kierunku asfaltowej drogi. Nastepnie przejechal nia jezdziec na koniu. Jego kon byl szary i ublocony. Potem przeszedl jeszcze jakis pan z dzieckiem i latawcem. Mezczyzna bez przerwy poprawial czapke na glowie dziecka. Potem przebiegl kudlaty pies, który weszyl we wszystkich kierunkach i draznil mewy. Nikogo wiecej na plazy nie bylo. Nudzilam sie. Nie moglam sie doczekac przyjazdu ciotki Tanji.


Kiedy Anton Myrold przybyl do nas ze swoja rodzina, skupilam sie tylko na niej. Przygladalam sie jej i próbowalam dostrzec w niej jej wariactwo. Obserwowalam jej torebke i kolczyki. Przy kazdym poruszeniu glowy zielone paciorku zawieszone w platkach jej uszu delikatnie postukiwaly o siebie. Czy da sie zwariowac od przysluchiwania sie takiemu dzwiekowi przez caly bozy dzien?
Byla ladna. Chcialam, aby moja mama tak wygladala. Ciotka byla szczupla, a mama gruba, a to mi sie wtedy nie podobalo. Wlasciwie to ciotka Tanja byla przerazliwie chuda. Nie miala piersi. Z przodu byla zupelnie plaska, jak chlopak. Na ramionach nie bylo widac ramiaczek od biustonosza. Caly czas pila kawe i powtarzala: "Nie tak duzo!", gdy mama jej dolewala.
- Wszystko sie po prostu zbyt skomplikowalo - opowiadala zawodzacym tonem - To mieszkania takie ciasne, a do tego Anton rozpieszczal dzieciaka do niemozliwosci. A ja caly dzien zajeta domem, od czego swira dostawalam. A czynsz jest taki drogi w Cleveland. Kazdy dolar na niego szedl. Chodzilam ciagle w starych spodniach. Doktor przepisal mi tabletki na uspokojenie, a potem mówil, ze za duzo ich wzielam. Faceci to zupelnie nie wiedza, co robia. Mysla, madrale, ze wiedza, co czlowiekowi jest. Pod warunkiem, ze zaplacisz rachunek.
Myslalam, ze nie bedzie bardziej pomylona, tymczasem wygladala zupelnie normalnie w swoich dzinsach, jasnobrazowych butach, z duzymi pierscionkami na palcach. Miala krótkie paznokcie, a skóra u ich nasady byla czerwona i napuchnieta. Palce prawej dloni byly brazowe od nikotyny. Wujek Tony od razu wyszedl z tata, wiec w nim nie moglam niczego dostrzec. Powiedzieli, ze ida kupic samochód, a potem do specjalnego biura, aby znalezc mieszkanie. Osobiscie uwazalam, ze u nas w domu wystarczyloby miejsca dla ciotki Tanji i jej meza. Tara moglaby gdzies indziej zamieszkac.
- Anton nie jest juz jak dawniej - mówila ciotka Tanja - Zrobil sie, jak by to powiedziec, taki niezaangazowany, jesli rozumiesz, o co mi chodzi.
Mama spojrzala na nia, a potem na mnie.
- Anno, pójdziesz pokazac Tarze swój obóz? - zapytala. Wtedy dopiero dostrzeglam, ze Tara Myrold tez z nimi przyjechala. Jej widok zupelnie mnie zaskoczyl; nie przypominala dziewczynki ze zdjecia, które ukrylam w garazu. Nie nosila okularów, bo przeszla operacje oczu.
- Uciekalo jej jedno oko i dlatego zezowala, ale teraz juz widzi dobrze - wyjasnila jej mama. Wykonala w kierunku Tary gest, jakby opowiadala o jakiejs spikerce telewizyjnej, o której przeczytala artykul w magazynie dla kobiet. Tara nieprzerwanie patrzyla przez okno i nie sluchala. Jej wlosy rzeczywiscie byly rzadkie, ale nie az tak jak na zdjeciu. Miala na sobie modne, zupelnie nowe ubranie. Na reku nosila czarny, damski zegarek z sekundnikiem i miala takie same sandaly jak ja. Najbardziej niesamowite byly jej dlugie, podwiniete rzesy. Nigdy w zyciu takich nie widzialam: miala oczy jak kon albo lalka. Poczatkowo przerazaly mnie, potem uznalam je za ladne. Tara nie wydzielala tez tak wyraznego zapachu jak jej zdjecie. Pachniala zupelnie normalnie: troche jakby kreda i zupa - no i oczywiscie samolotem.
Byla niska, o glowe nizsza ode mnie i dlatego wydawala sie mlodsza. Przypominala myszke. Pierwsza wyszlam na dwór, by pokazac jej mój obóz na wydmach. Czekajac na nia na dworze zdalam sobie sprawe, ze nie wychodzi za mna, i wiedzialam, ze mój obóz zupelnie jej nie interesuje. Poszlam rzucac kamyczki na plyte falista dachu garazowego i przysluchiwac sie dzwiekowi uderzen.


Pare godzin pózniej wrócil tato z wujkiem Tonym. Zanim weszli do srodka stali chwile na dworze przy aucie i rozmawiali.
- Jesienia, zwlaszcza we wrzesniu i pazdzierniku, znajdzie sie tu cos do roboty, jesli czlowiek jest gotowy pracowac sezonowo. Przy wydobyciu torfu. Ciezka robota, po czternascie godzin dziennie, ale niezle platna. Moge sie zapytac w A.D. Makepeace Company, tam zawsze potrzebuja pracowników.
Bez slowa przeszlam usiasc na murku przy garazu.
- To pudlo zostalo jeszcze w bagazniku - powiedzial tato i podrzucil do góry kartonowe pudlo calkowicie zalepione brazowa tasma klejaca.
- Ostroznie z nim - krzyknal wujek Anton i przyskoczyl do taty. Zabral mu predko karton i postawil na ziemi.
- Latwo je polamac - powiedzial. Mial na sobie czerwona koszulke z napisem CLEVELAND INDIANS.
- To stare single, jeszcze mojej matki. Przepiekna muzyka lat piecdziesiatych. Puszcze ci przy jakies okazji.
- Twojej... umm... matki? -zapytal niepewnie tata i odkaszlnal - Myslalem, ze ona...
- Nie znalem jej. Mialem dwa latka, gdy umarla. Ale to jej kolekcja plyt; ojciec nie przywiazywal do niej zadnej wagi. Nie mógl zniesc, gdy je przesluchiwalem. A ja dzieki tej muzyce moglem sie oddalic...
Uklakl przy pudle i zerwal z niego tasme klejaca. Odchylil klapy i pokazal nam rzad plyt gramofonowych. Wyjal jedna. Bylo na niej napisane: FRANK SINATRA. Chcialam odczytac reszte, ale wlozyl ja z powrotem do pudla. Patrzyl na nie z takim rozrzewnieniem jak na nowonarodzone dziecko.
- Moglabym kiedys je przesluchac? - zapytalam. Usiadl na murku obok mnie i palcami wtarl sobie nos. Ignorujac moje pytanie powiedzial:
- Puszczam je czasem Tarze. Uwielbia je tak jak ja. Ten dzieciak wie najlepiej, co jest piekne.
Wygrzebal ze swojego adidasa jakis kamyczek i wyrzucil go za siebie.
- Moze i warto zastanowic sie nad ta uzywana furgonetka - rzucil nieoczekiwanie w kierunku taty. Pociagnal tak mocno za swój palec serdeczny, az ten wydawal gluchy dzwiek
- Czy moglabym tez kiedys ich posluchac?- powtórzylam zniecierpliwiona.
Wstal, podniósl karton z plytami i wniósl go do srodka. Podskoczylam na miejscu i ponownie usiadlam.
- Nie slucha - powiedzialam do taty. Podszedl do mnie i wzial mnie za reke.
- Chodzmy - powiedzial. Weszlismy do srodka.

Tara nigdy nie przychodzila do mojego obozu, kiedy sie w nim bawilam. Z poczatku czekalam na nia, majac nadzieje, ze bedzie zona, która gotuje zupe z kamyczków i piecze chleb z piasku, podczas gdy ja chodze na polowania. Ale nigdy nie przyszla. Wystawala na szczycie wydm z twarza w kierunku morza "wypatrujac wielorybów", jak mówila jej mama. Czasem wchodzila do wody, nawet kiedy bylo dosyc zimno, ale nigdy nie zdejmowala czerwonego podkoszulka. Pod nim miala strój kapielowy o niemodnym kroju, który dochodzil jej do polowy ud. Klekala w wodzie i drzac z zimna, trwala w tej pozycji dlugie minuty. Ciotka nie zloscila sie, gdy po nia przychodzila. Nawet nie mówila: "Nabawisz sie zapalenia pluc". Przynosila jej po prostu recznik i nie ogladajac sie za siebie, wracala do domu.
Do dnia, gdy pewnego ranka stanela nade mna, nie slyszalam Tary wypowiadajacej wiele slów. Bylam skupiona na mocowaniu nowych zerdzi w moim obozie, by oslonic go od wiatru, który z tej strony wial najmocniej.
-Miejmy nadzieje, ze nie bedzie dzisiaj padac - powiedziala. Barwa jej glosu nie zaskoczyla mnie. Brzmial tak, jak sie tego spodziewalam: zarliwie, bez nuty rozkapryszenia. Przypominal raczej glos kobiety mówiacej przez mikrofon niz glos dziecka. Spojrzalam w góre. Niebo bylo nieskazitelnie niebieskie. Od wielu dni nie padalo, a w telewizji powiedziano, ze zanim przyjda opady, taka pogoda utrzyma sie jeszcze jakis czas.
-Dzisiaj nie bedzie padac - powiedzialam i glebiej wbilam zerdz.
-Nigdy nic nie wiadomo - odpowiedziala i poszla sobie. Gdy w poludnie przyszlam do domu, poprosilam mame o plaszcz przeciwdeszczowy. Jakos wydawalo mi sie, ze tego dnia bedzie padac.


Wiedzialam, ze wieczorami, gdy ja juz od dawna bylam w pizamie i lezalam w lózku, chodzila do mojego obozu sie bawic. Przestawiala wszystko na inne miejsce i znosila przerózne rzeczy znalezione na plazy. Drzwi robila w miejscu, gdzie normalnie bylo okno, a w kotle przeznaczonym do gotowania upolowanych bizonów, robila poslanie dla swojej lalki.
Dzialo sie to juz wtedy, gdy Mayroldsowie wprowadzili sie do domu na plazy. Ale najpierw mieszkali u nas pare tygodni, i wtedy musialam spac razem z Tara. Jak gdyby nigdy nic szlysmy razem na góre, ale gdy tylko znalazlysmy sie w pokoju, Tara zaczynala wydziwiac.
Po pierwsze przerazliwie dlugo musialam stac z glowa odwrócona do sciany, podczas gdy ona sie rozbierala. Przebierala sie za drzwiami szafy i caly czas okrecona byla recznikiem kapielowym.
-Wydrapie ci oczy, jak sie obrócisz - grozila. Moglam sie rozebrac dopiero wtedy, gdy ona byla juz w pizamie. Z wysokosci lózka obserwowala wyzywajaco kazdy mój ruch. Staralam sie jak najszybciej przebrac, by móc polozyc sie obok niej.
-Zostaw wlaczone swiatlo - rozkazala. Z poczatku myslalam, ze boi sie ciemnosci, ale po paru dniach zrozumialam, ze chciala patrzec w zarówke. Potrafila lezec obok mnie wpatrujac sie non stop szeroko otwartymi oczyma w ostre swiatlo, ani razu nie mrugnawszy powieka. Polozylam sie na plecy i spróbowalam zrobic to samo.
-To boli! - skrzywilam sie. Nawet pod przymknietymi powiekami widzialam jaskrawe plamy swiatla odbite na siatkówce oka.
-Tak - odparla nie zmieniajac pozycji. Palce jej dloni, jak szpony, byly mocno zacisniete na poscieli koldry. Chwile trwalo nim nieoczekiwanie, wydajac glosne westchnienie, odwracala glowe i zamykala oczy.
Wtedy mozna bylo zgasic swiatlo. W ciemnosciach szepnela do mnie, ze mam polozyc sie na podlodze.
- Nie moge spac, jak ktos obok mnie lezy - upierala sie.
- Jak sie poloze na podlodze, to tez bede lezala obok ciebie - próbowalam protestowac.
- To nie to samo. Kiedy sie wiercisz w lózku, to mi sie kolebie w brzuchu i potem musze cala noc chodzic do ubikacji.
Nie poruszylam sie, zdeterminowana, by nie odstapic wlasnego lózka temu dziwadlu. Ale ona polozyla sie w poprzek, z nogami w kierunku moich pleców i popchnela mnie tak mocno, ze spadalam z lózka. Myslalam, ze to jakas zabawa, wybuchlam smiechem, wskoczylam na nia, próbujac ja zepchnac. Obracala sie w te i we w te i nawet wydawalo mi sie, ze slysze jej smiech, ale pomylilam sie. Poczulam, jak w ciemnosciach maca moja reke i wbija w nia zeby. Krzyknelam i uderzylam ja piescia w nos. Bolalo nas obie, ale poniewaz ona nie poszla na skarge do swojej mamy, to i ja nie chcialam schodzic na dól.
-To moje lózko i ona mnie z niego nie wyrzuci - postanowilam. Tara obrócila sie do sciany, ja odsunelam sie w przeciwnym kierunku i tak obie zasnelysmy. W nocy od czasu do czasu budzilam sie z bólu, bo kopala mnie w brzuch.


4


Moi rodzice czesto rozmawiali o Tarze Myrold.
- Co to za dziecko? - mówil tato - Gdy na nia spojrzec, odwraca natychmiast glowe. Kiedy do niej podchodze, mówi: uciekaj! Nie odpowiada, jak ja pytam, czego uczyli sie w szkole.
- Ona jest po prostu okropnie niesmiala - wyjasniala mama. Rodzice kontynuowali rozmowe o Tarze, ale ja juz wyszlam z kuchni.
- Ciagle mam ochote powiedziec: "Taro, popatrz na mnie!", albo "Odpowiedz na pytanie", lub "Wyjmij palec z buzi!". Czy ona nie jest za duza, by tak dlugo ssac palec? - slyszalam glos taty. Mama odpowiadala cos, co brzmialo uspokajajaco. Tata ciagnal swoje komentarze: - Najwyrazniej Tanja nie zajmuje sie nia wystarczajaco. Jedynie Tony poswieca jej uwage, prawie za duzo, chcialoby sie powiedziec.
Poszlam do swojego pokoju. Nie chcialam nic o niej slyszec. A nawet jak Tara przypadkowo znalazla sie w moim towarzystwie, schodzilam jej zawsze z drogi. Wtedy tak sie zloscila, ze krzyczala na cala plaze. Darla sie - Anno, no chodz tu. Chodz, do cholery, ze mna sie bawic. Twoja mama ci kazala.
Wtedy przyszla do mnie mama. Z daleka widzialam, jak zblizala sie do mnie po piasku. W swoim fartuchu kuchennym przemierzala doliny wydm. Zdyszana doszla do mojego obozu i powiedziala: Anno, masz sie bawic z Tara! Nie badzze taka samolubna. Przeciez Tara jest twoja przyjaciólka! - Tara, obrazona, zrobila mine osoby gleboko zranionej.
- Anna zabiera mi wszystkie zabawki - powiedziala. Mama spojrzala na mnie - A jak do niej podchodze, obrzuca mnie wyzwiskami.
Mama chyba wiedziala, ze to klamstwo, bo nie zrobila mi zadnego kazania. Powiedziala jedynie - Same sie dogadajcie. Obiad gotowy - obrócila sie i poszla do domu. Boczylam sie przez chwile i wcale nie chcialam z nia sie bawic, ale w koncu ustapilam, bo miala z soba sliczne, kolorowe lopatki do piasku. Mnie pozwolila uzywac tylko jednej, najmniejszej, z drewniana raczka i pomaranczowym szpadlem. Byla calkiem nowa, jeszcze w plastikowym opakowaniu.
-Dostalam je dzisiaj od taty - wyjasnila, widzac zachwyt malujacy sie na mojej twarzy. Ukleklam i zaczelam ryc w piasku. Chcialam wyzlobic fose, ale Tara akurat chciala usypac kopiec, a obok wygrzebac dól, i kiedy przylaczylam sie do niej, by pomóc przy jej kopcu, ona zaczela kopac fose. Ostatecznie pomagalam przy kopaniu fosy, ale wtedy okazalo sie, ze chciala, aby zamiast do morza, szla ona w przeciwnym kierunku. Nic juz nie mówilam, tylko kontynuowalam prace na moim odcinku. Tara nagle przestala kopac. Popatrzyla na mnie surowo.
-Oddawaj lopatke! - rzucila, ale ja udawalam ze nie slysze. Odczekala jeszcze chwilke, potem nabrala na lopatke suchego piasku i podeszla do mnie. Myslalam, ze chce zasypac fose, ale tak nie bylo. Rzucila mi piaskiem prosto w oczy. Wrzasnelam. Oczy i usta mialam pelne piachu. Szczypal mnie w oczy i zgrzytal miedzy zebami. Poszlam do domu, a kiedy mama zapytala co sie stalo, odpowiedzialam, ze sie przewrócilam.


Tak wygladaly pierwsze tygodnie pobytu Tary na Cape Cod. Spala ze mna w lózku, ale przewaznie chodzila spac o wiele pózniej niz ja. W takie wieczory, gdy tylko kladla sie obok mnie, spychala mnie z calej sily na brzeg lózka. Czasami wujek Tony przychodzil ja przykryc. Siedzieli wtedy nie wiadomo ile czasu szepczac cos miedzy soba, on swoim niskim meskim glosem, ona swoim niskim damskim glosem. Wkladalam glowe pod poduszke próbujac zasnac i nie myslec o tym, ze ona lezy obok mnie.
W srodku nocy budzil mnie jej jek. Przez sen wydawala dzwieki, jakby ktos ja dusil. Z zapartym tchem czekalam, az przestanie oddychac. Ale chwile wiercila sie tylko, uspokajala sie i z powrotem oddychala normalnie.
W ciagu dnia byla zlosliwa jak osa. Ciagle chciala sie ze mna bawic, czego ja nie chcialam, ale musialam, bo mama mi kazala. Bawilam sie z nia, bo w okolicy nie bylo nikogo innego w moim wieku, i poniewaz dostawala tyle ladnych zabawek od swojego taty. Wlosy zaczynaly sie jej coraz bardziej podwijac na plecach, ale wokól glowy nadal byly rzadkie i cienkie. Wydawalo sie, ze rzesy jej byly jeszcze dluzsze, i czasem jej oczy mi sie podobaly, ale przewaznie sie ich balam.
Podczas zabawy zwykle ze soba nie rozmawialysmy, bo jak tylko cos mówilysmy, natychmiast dochodzilo do klótni. Wedlug mnie to ona zawsze zaczynala. Próbowalam byc dla niej mila i bywalo, ze z rana postanawialam sobie, ze tego dnia zrobie wszystko, czego bedzie chciala, bysmy sie w koncu mogly zaprzyjaznic. A potem szlam do mojego obozu i odkrywalam, ze wszystkie galezie pokrywajace dach byly zdarte i wrzucone w morze, lub ze kazda z moich pieciu lalek miala bloto w oczach i wlosach. I wpadalam w taka zlosc, ze myslalam, ze pekne.
Z zemsty pocielam na kawalki, na tysiac paseczków, jej peleryne, która dzien wczesniej zostawila w moim obozie. A ona po prostu zwinela skrawki do torby i zaniosla do swojej mamy: - Mamo, popatrz co Anna znowu zrobila.
Jej mama przyszla porozmawiac z moimi rodzicami i ci wpadli we wscieklosc:
- Z tej strony cie nie znalismy. Czegos takiego jeszcze nigdy nie zrobilas. Co w ciebie wstapilo? Zrobilas sie taka zlosliwa? - Tego dnia strasznie plakalam.
W szkole Tara przysparzala klopotu. Kazdy byl po mojej stronie i nikt nie mógl jej zniesc. Zawsze chciala czegos dokladnie odwrotnego, czegos innego, spelnienia wlasnej zachcianki. Nawet nasza wychowawczyni, pani Abbelese, jej nie lubila. Co pewien czas mówila:
- Taro, co tez sie z toba dzieje?, a kiedy tracila cierpliwosc: - Taro, jestes nie do wytrzymania. Wyjdz z klasy.
Nie zeby byla niegrzeczna czy co, tylko wiecznie pod wlos. Najdziwniejsze w niej bylo to, ze nigdy nie plakala, nawet wtedy, gdy ktos ja odganial czy przezywal. Jak gdyby sie tego spodziewala. Nauczyciele pytali: - Czy to normalne zachowanie w Cleveland?
Czasem widzialam ja przestraszona, gdy ktos, kto jej nie znal, odnosil sie do niej przyjaznie. Zwykle z nikim nie rozmawiala, a zwlaszcza ze mna. Tylko rano mówila: - Daj mi zadanie domowe - i odpisywala wszystko przed pierwszym dzwonkiem. Pare razy dostalam jedynke za prace domowa. Czerwonym flamastrem bylo na niej napisane: "Praca niesamodzielna".


Dawid poznal ja jako pierwszy sposród dzieci ze szkoly.
- Jestes w klasie z Anna? - zapytal - Niemozliwe. Wygladasz na wiele mlodsza. Jak bys byla w wieku mojej siostry.
Wiedzialam, ze nie powinien byl tego mówic. Odsunelam sie pare kroków, na wypadek, gdyby Tara wpadla w zlosc. Tara stala z rekami opartymi na biodrach. Przeniosla ciezar ciala na jedna noge i spojrzala na niego wyzywajaco.
- Ty jestes ten Dawid z sasiedztwa? Anna mi o tobie opowiadala. Uwaza, ze cienias z ciebie, bo podobno boisz sie morskich czarownic. - Dawid spojrzal na mnie lodowatym wzrokiem. Odwrócilam twarz.
- Masz tez zawsze zle oceny w szkole - co gorsza dorzucila. Nie wiem dlaczego powiedzialam jej to wszystko o Dawidzie. Pewnie przy okazji zapomnialam zaznaczyc, ze jest on moim najlepszym przyjacielem. Dawid stanal przed nia na szeroko rozstawionych nogach. Splunal na ziemie i powiedzial: - W szkole mówia, ze jedynka jest twoja ulubiona liczba. To idiotyczne. Nikt z odrobina oleju w glowie nie wybiera jedynki na szczesliwa cyfre. Zebys chociaz wybrala 11 czy 7. Jestes tak samo szurnieta jak twoja matka!
Tara rzucila sie na niego i lokciem dzgnela go pod zebro. Po czym bardzo szybko oddalila sie w kierunku wydm. Dawid popatrzyl na mnie i znów splunal.
-Jak sie bedziesz bawic z ta poczwara, to nie musisz juz do mnie przychodzic. Wystarczy mi siostra do zabawy. - Zamrugalam powiekami nadaremno szukajac slów.
- Plotkara! - wysyczal. Poczulam, jak stopy wrastaja mi w ziemie, tak ze nie bylam w stanie za nim pójsc, gdy przeklinajac odchodzil.

13


Jakis czas potem stado grindwali zostalo wyrzuconych na plaze pólwyspu Cape Cod. Wydarzenie to pojawilo sie na pierwszych stronach gazet, a tyle sie wokól niego zrobilo zamieszania, ze wkrótce zapomnialam o tym, ze ciotka w ogóle istniala.

Siedzialam na skraju wydmy i rozdrapywalam strup na kolanie. Zabliznienie bylo bardzo twarde, a pod spodem wytworzyla sie zólta ropa, która po brzegach twardniala. Próbowalam delikatnie wyskubac stwardniala czesc.
Juz od jakiegos czasu siedzialam skupiona nad moja rana i gdy podnioslam wzrok, na linii brzegu lezalo ogromna liczba dziwnych czarnych ksztaltów. W pierwszej chwili myslalam, ze to wywrócone lodzie, ale to bylo niemozliwe, gdyz w poblizu nie bylo zadnych ludzi. Morze szumialo jak zwykle i wydzielalo swój zwykly, slony zapach.
Wstalam, by dokladniej sie temu przyjrzec i wspielam sie na szczyt wydmy. Ksztalty nie byly lodziami, bo byly zywe. Widzialam teraz dokladnie, ze byly to oddychajace cielska. Ujrzalam ogromne lby, malenkie oczka i pyski rozwarte jakby w lekkim usmiechu. Byly to ryby, tak wielkie, jakich jeszcze nigdy w zyciu nie widzialam. Bylo ich duzo, moze trzydziesci albo czterdziesci sztuk. Niektóre lezaly prawie calkowicie zanurzone, z jednym bokiem wystajacym ponad powierzchnie wody. Leb i brzuch innych spoczywal na piasku, a ich potezne splaszczone ogony poruszaly sie leniwie w wodzie. Kazde ze zwierzat mialo olbrzymia pletwe grzbietowa i po dwie pletwy boczne, dluzsze niz moje ramie, które poruszaly sie u paru sztuk.
Stanelam jak wryta. Zamarlam, nie smiejac uczynic ani kroku.
-Dlaczego ryby opuszczaja morze? - zastanawialam sie - Jest za brudne? Szukaja pozywienia? A moze to rekiny polujace na ludzi? I to nie takie jak ten maly od Tary. To rekiny z wielka, ostra jak brzytwa pletwa grzbietowa, jakie czasem z wydm widac daleko w morzu. - Przypomnialy mi sie opowiesci o rekinach, które odgryzly komus ramie lub noge, i az przelknelam sline. Te stworzenia byly sto razy wieksze niz mlody rekin, którego raz widzialysmy na plazy.
Jeszcze bardziej przestraszylam sie, gdy cos za soba uslyszalam. Czyzby rekin, który atakuje mnie od tylu? To byla Tara.
- Patrz! - powiedziala cicho - Wieloryby. To wieloryby.
Nie czekala na mnie, tylko pobiegla do samego brzegu. Wydala sie bardzo mala, gdy zblizyla sie do olbrzymich zwierzat. Dostrzeglam wtedy, ze kazde z nich bylo róznej wielkosci: niektóre byly dlugosci malego kutra rybackiego, inne - zaledwie szalupy ratunkowej. Tara zatrzymala sie przy jednym ze zwierzat. Poklepywala je przyjaznie po karku i grzbiecie. Nie bala sie, a one nic jej nie zrobily.
- Musze leciec do domu - pomyslalam - Musze przyprowadzic mame albo tate, niech zadzwonia po straz pozarna. Albo po kogos innego. Moze zielen miejska? - Ale nie pobieglam do domu. Na plazy panowal taki spokój, ze nie bylam w stanie wpasc w panike. To nie powód do alarmu, ale objawienie, i to piekne.
Zeszlam jeszcze nizej plazy i uslyszalam, ze zwierzeta wydaja dziwne mlaskania i pomruki. Dwie sztuki lezaly na bokach i wydac bylo ich szare brzuchy. Skóra na ich bokach byla pofaldowana, upstrzona polyskujacymi zóltawymi lub bialymi plamami i paskami, a na ich grzbietach - jednolicie czarna.
Zwierzeta patrzyly na mnie malenkim, wyraznymi oczkami z ciemna obwódke. Lezac glosno parskaly przez otwór oddechowy na szczycie glowy. Niektóre wydmuchiwaly stamtad nawet troche wody w postaci malenkich fontann. Dziwna won unosila sie nad miejscem gdzie lezaly; mieszanina zapachu siana i wodorostów.
- Smiesznie maja glowy, co nie? - krzyknela Tara sponad grzbietu jednego zwierzecia. - Tak okraglutkie jak glówka niemowlaka. - Podeszla do mnie.
- Wydaje mi sie, ze to grindwale - powiedziala - W mojej ksiazce o morzu jest ich rysunek. To te wieloryby, które polykaja butelki. Jesli chce sie przeslac wiadomosc w butelce, trzeba wrzucic ich cala kupe, bo polowa z nich i tak zostaje polknieta.
Wziela mnie za ramie i popchnela w kierunku jednego wieloryba. Zatrzymalam sie tuz przy nim i patrzylam na umiesniona bryle, która miejscami poruszala sie, kurczyla i drzala. Podeszlam do przyjaznego pyska i poczulam, ze sie nie boje.
- Zalosne, nie? - powiedziala Tara. Spojrzalam na nia w zdumieniu, bo nie zrozumiala, co wlasciwie mialoby byc zalosne. Przeciez zadne ze zwierzat nie bylo ranne, prawda? Lezaly sobie wszystkie razem i sie usmiechaly.
- Wszystkie umra - powiedziala nieswoim glosem.
- Umra? - zapytalam. - Co ty mówisz? Dlaczego mialyby umrzec? Popatrzyla na mnie, jak gdybym zadala durnowate pytanie.
- Zostaly przeciez wyrzucone na brzeg. Nie widzisz tego? Wkrótce umra, bo wysychaja. To wieloryby, kapujesz? Wie-lo-ry-by wypowiedziala bardzo powoli, jakby myslala, ze jeszcze nigdy w zyciu nie slyszalam tego slowa.
- A! - odpowiedzialam, i nic wiecej nie smialam powiedziec, bo bylo jasne, ze zaczyna tracic cierpliwosc.
- Wyrzucone na brzeg - powtórzylam zamyslona, i wtedy mi sie przypomnialo. Wspomnienie tkwilo gdzies gleboko w mojej glowie, a slowo "wyrzucone" przywolalo je. Cos takiego zdarzylo sie, gdy bylam bardzo mala. Bylo to równie piekne i równie zalosne. Tamte stworzenia byly gigantyczne, o wiele wieksze od tych zwierzat, a ich pyski byly wielkosci lodzi. To byly kaszaloty, dwie sztuki. Umarly w ciagu paru godzin. Siedzialam tacie na ramionach i dlugo im sie przygladalam. Nie prosilam go, by podszedl blizej, bo sie balam.
W mgnieniu oka powrócily do mnie wszystkie pytania, które sobie wtedy zadawalam:
"To przeciez niemozliwe, by te zwierzeta przybyly na plaze po to tylko, by tu polezec i umrzec? Przeciez maja oczy! Przeciez widzialy, ze morze jest z drugiej strony, i ze powinny plynac dokladnie w przeciwnym kierunku. Czy morze stalo sie za brudne dla kaszalotów? Moze szukaja jedzenia?" Kaszaloty zostaly pochowane w ogromnych dolach w piasku. Brzuch pierwszego z nich pekl, gdy dzwig go unosil; w calej okolicy przez dwa dni unosil sie smród gnijacych wnetrznosci i stechlej krwi.
Tym razem na brzegu lezalo cale stado wielorybów, ale na szczescie wygladaly one na zdrowe. Musialy po prostu wrócic do morza. Obrócilam sie i natychmiast poczulam narastajaca we mnie panike, której sie spodziewalam. Podbieglam do Tary i chwycilam ja za ramie. Nie czekala zanim cos powiem.
- Przy takim sloncu, do wieczora zdechna. - wypowiedziala spokojnie, jakby zamierzala po prostu sie temu przygladac.
- Chyba musimy cos zrobic - wrzasnelam jej nad uchem. Glos mi drzal i próbowalam przelknac dziwnie chrapliwe odglosy z moich strun glosowych.
- Co chcesz zrobic? - zapytala Tara i przez chwile wydawalo sie, jakby znów sie robila rozdrazniona.
- Przynies wode w wiadrach i polewac je, by pozostaly mokre. I zadzwonic po strazaków, by wepchneli je z powrotem do wody. - Tara pokrecila glowa. Rzadkie loki na jej karku poruszyly sie w tym samym rytmie.
- Mysle, ze nie mozemy. Skoro wieloryby postanowily tu umrzec, nie mozemy im w tym przeszkadzac. Nawet gdy je teraz powstrzymasz, i tak pewnego dnia to zrobia.
- Co ty wygadujesz? Przeciez nie wiesz na pewno, czy chca umrzec.
- Nie na pewno, ale to bardzo mozliwe - powiedziala spokojnie, z nauczycielskim akcentem na "pewno" i na "mozliwe". Zamknela oczy, a ja patrzylam, jak jej dolne i górne rzesy sie stykaja przy kazdym przymknieciu oczu.
- Jesli czyjas mama postanawia umrzec, nic nie mozna na to poradzic. Matki, które chca umrzec, w koncu umieraja, czy tego chcesz, czy nie.
Po czym nic wiecej nie powiedziala. Dziwne byly te ryby na plazy, a takze Tara: byla spokojna, nawet spokojniejsza, niz gdysmy sie razem hustaly na tarasie. Spacerowala od jednego zwierzecia do drugiego i rozmawiala z nimi. Gdy uslyszalam, co do nich mówi, pomyslalam, ze zupelnie jej odbilo.
- To ty polknales moja butelke? - pytala po kolei. - Chyba nie ty polknales moja butelke, co? Ta butelka musi dotrzec do Europy, nie wolno jej polykac.

Translation Jadzia Jedryas